Tego samego dnia, parę godzin później
Na wyspie panował spokój. Mimo, że nikt nie znał dnia i godziny ataku, wszyscy próbowali nie dać się ponieść panice. W pewnym momencie zastępca wodza, Cruz, zobaczył coś niepokojącego. Na horyzoncie było widać zarys wielu statków. To mogło oznaczać jedno : bitwa. Cruz zaczął się bać. Pobiegł koło ratusza i zadzwonił dzwonem na alarm.
Tymczasem na statku Marynarki Wojennej
- Piękny dzień, żeby coś podbić. - Wojciech Morgan patrzył się z zachwytem na horyzont,
- Komandorze, przed wypłynięciem dostałem wiadomość, że jeśli plan się uda, czeka pana awans. - powiedział jeden z oficerów.
- Doskonale. Płyniemy.
Na wyspie zapanował gwar. Mieszkańcy, którzy zdecydowali się walczyć, stawili się w porcie na czele z Rafałem. Obok niego pojawiła się też Klara.
- Ty walczysz!? - Ewelina się nieźle zdziwiła.
- Ojciec mi kazał. - odparła Klara - Jeśli będę walczyć to nie będzie wspominał tematu mojej decyzji.
- Na razie. - odpowiedział Rafał.
- Takim sposobem nie wygramy. - Ewelka popatrzyła się z troską na innych - Wszyscy muszą schować się w domach.
Po wcześniejszym zdziwieniu mieszkańcy pochowali się w domach. Chwilę później na wyspę przypłynęły dwa statki.
- Co jest? Czemu nie chcecie walczyć? - Komandor był zdziwiony tą sytuacją. To przytrafiło mu się pierwszy raz.
- Nie ma nikogo, komandorze. - odparł oficer.
- To co? Przeszukujemy wszystko.
Jeden z oficerów zaglądnął do pierwszego domu i padł na ziemię. Wściekła Eliza uderzyła go kawałkiem drewna.
- Wara od mojego domu - krzyczała. W tej samej chwili pojawiła się reszta mieszkańców.
---------
Na wyspie kotłowało od emocji. Nie wiadomo było, kto wygra. Szanse były wyrównane. Po jakimś czasie liczba pokonanych żołnierzy i mieszkańców była taka sama. Wojciech postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
- Proponuję ostateczne rozwiązanie - przywódca Marynarki Wojennej kontra wódź wyspy. Co wy na to?
- Czemu nie? Pokarz, co potrafisz. - odparł pewny siebie Rafał. Mężczyźni zaczęli walczyć.
- Cieszysz się, że wróciłem? - spytał się Wojciech.
- Nigdy w życiu. Pojawiasz się tak szybko jak zniknąłeś.
- Przynajmniej coś w życiu osiągnąłem.
- Jesteś niespełny rozumu.
- Jak ty się odzywasz do ojca!?
- Gdybyś był uczciwy, nie było by tej walki.
- Rafał, przebacz mi. - powiedział nagle Wojciech. Rafała na chwilę wcieło. - Źle zrobiłem, że zostawiłem cię i Anię. Przebacz mi. - Rafał zauważył błysk w oku ojca.
- To blef, ty blefujesz.
- Widzę, że nie jesteś taki głupi.
- Głupi? Co to, to nie. - Rafał jednym ruchem wytrącił miecz z dłoni przeciwnika. Wszystkie walczące osoby znieruchomiały - Nie zabiję cię, ale tradycji musi stać się zadość - Rafał zranił ojca w ramię. Ten jęknął z bólu. Chwilę później wstał.
- Wygraliście, ale wiedźcie, że na długo.
- Już się boimy. - odparł złośliwie Rafał.
Statki odpłynęły, a na wyspie zapanowała powszechna euforia. Nikt się nie spodziewał, że wygrają.
- Tato, ten człowiek, to mój dziadek? - do Rafała podeszła Klara.
- Tak, ale nie jest wart tego, żebyś go poznała. Widziałem, że dobrze szła ci walka. Masz talent.
- Przestań, tato. Znowu zaczynasz?
- Dzisiaj ci jeszcze odpuszczę. Chodź do reszty.
Tego wieczoru do później nocy mieszkańcy świętowali zwycięstwo.
środa, 18 października 2017
środa, 4 października 2017
5. Przygotowania
Filip Tryton siedział u siebie w domu. Z tej racji, że nie ma w nim salonu wszelkie spotkania i spędzanie wolnego czasu odbywały się w kuchni. Filip palił cygaro i zastanawiał się nad bitwą. Nagle usłyszał kroki. Do pomieszczenia wszedł Michał.
- Cześć, tato. Jak się miewasz? - Chłopak uśmiechnął się miło.
- Co potrzeba?
- Skąd wiesz, że czegoś chcę? - Filip popatrzył się badawczo na syna - No, dobra. Skończyły mi się naboje do pistoletu.
- No i?
- Jak mam walczyć, to potrzebuję broni i naboi. Inaczej to nie ma sensu nawet z domu wychodzić.
W tym samym momencie do kuchni wszedł Krystian.
- Tato, jest sprawa. Zniszczył mi się miecz.
- Nie żartuj. To niemożliwe. - Krystian wyciągnął miecz, jedno otrze było tak poszarpane, że szapada nadawała się tylko do wyrzucenia. Filip aż wytrzeszczył oczy - Co ty robiłeś? Drewno tym ciołeś?
- Prawie. Niechcący uderzyłem o kant budynku. To przez cegłę.
- Powiedzcie mi, chłopcy, skąd mam wam to wziąć? - Filip splótł ręce na piersiach.
- Masz przecież na statku duży zapas wszelkiej broni, może by ... - zaproponował Michał.
- Po pierwsze: broń jest wyliczona i niemożna jej brać od tak. Po drugie: jeśli chcecie mieć broni po dostatkiem, to załatwcie sobie własny statek i załogę.
- Tato, znowu zaczynasz?
- Będę drążyć ten temat, bo nie po to kończyliście Akademię, żeby nic nie robić.
- Odmawiasz nam pomocy? Dzięki bardzo, tato. Jak przegramy, to będzie twoja wina. - Michał ze złością skierował się do swojego pokoju i wściekle trzasnął drzwiami. Za nim spokojnie poszedł Krystian, a Filip pogrążył się w swoich myślach.
- Co teraz? Jak mam się wykazać, gdy wszyscy są przeciwko mnie? - Michał zaczął się denerować.
- Szczerze, to mi się niechce walczyć. Z chęcią schowałbym się w piwnicy. - odparł spokojnie Krystian.
- Nie mamy piwnicy.
- To gdziekolwiek. Może pójdziemy do cioci? - młodszy z braci Trytonów zastanowił się chwilę.
- Najpierw dostaniemy ochrzan od niej, a potem od rodziców. - odparł Michał. Po chwili dodał - Idziemy na Aurorę. - Zauważył smętny wzrok brata - Przecież się nie zorientują.
Chłopcy chyłkiem wyszli z domu i skierowali się na statek swoich rodziców. Weszli do ładowni i "pożyczyli" to, czego potrzebowali. Następnie udali się do lasu, gdzie ćwiczyli swoje zdolności przed bitwą.
- Cześć, tato. Jak się miewasz? - Chłopak uśmiechnął się miło.
- Co potrzeba?
- Skąd wiesz, że czegoś chcę? - Filip popatrzył się badawczo na syna - No, dobra. Skończyły mi się naboje do pistoletu.
- No i?
- Jak mam walczyć, to potrzebuję broni i naboi. Inaczej to nie ma sensu nawet z domu wychodzić.
W tym samym momencie do kuchni wszedł Krystian.
- Tato, jest sprawa. Zniszczył mi się miecz.
- Nie żartuj. To niemożliwe. - Krystian wyciągnął miecz, jedno otrze było tak poszarpane, że szapada nadawała się tylko do wyrzucenia. Filip aż wytrzeszczył oczy - Co ty robiłeś? Drewno tym ciołeś?
- Prawie. Niechcący uderzyłem o kant budynku. To przez cegłę.
- Powiedzcie mi, chłopcy, skąd mam wam to wziąć? - Filip splótł ręce na piersiach.
- Masz przecież na statku duży zapas wszelkiej broni, może by ... - zaproponował Michał.
- Po pierwsze: broń jest wyliczona i niemożna jej brać od tak. Po drugie: jeśli chcecie mieć broni po dostatkiem, to załatwcie sobie własny statek i załogę.
- Tato, znowu zaczynasz?
- Będę drążyć ten temat, bo nie po to kończyliście Akademię, żeby nic nie robić.
- Odmawiasz nam pomocy? Dzięki bardzo, tato. Jak przegramy, to będzie twoja wina. - Michał ze złością skierował się do swojego pokoju i wściekle trzasnął drzwiami. Za nim spokojnie poszedł Krystian, a Filip pogrążył się w swoich myślach.
- Co teraz? Jak mam się wykazać, gdy wszyscy są przeciwko mnie? - Michał zaczął się denerować.
- Szczerze, to mi się niechce walczyć. Z chęcią schowałbym się w piwnicy. - odparł spokojnie Krystian.
- Nie mamy piwnicy.
- To gdziekolwiek. Może pójdziemy do cioci? - młodszy z braci Trytonów zastanowił się chwilę.
- Najpierw dostaniemy ochrzan od niej, a potem od rodziców. - odparł Michał. Po chwili dodał - Idziemy na Aurorę. - Zauważył smętny wzrok brata - Przecież się nie zorientują.
Chłopcy chyłkiem wyszli z domu i skierowali się na statek swoich rodziców. Weszli do ładowni i "pożyczyli" to, czego potrzebowali. Następnie udali się do lasu, gdzie ćwiczyli swoje zdolności przed bitwą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)